poniedziałek, 5 grudnia 2011

Brodawczyca czyli psia udręka

21 października Mila pochłonęła kostkę lodów... Następnego dnia rano, po spacerze zaczęła jakby kasłać... jakby się dusić. Nasilało się to w ciągu paru godzin... więc pobiegliśmy do weterynarza. Zrobiono jej tam rtg (bo wielokrotnie Mila zjada na spacerze pobliskie śmieciowe przysmaki), ale nic nie wykazało.
Pani doktor, do której moje zaufanie już zostało kiedyś nadszarpnięte ( kiedy to Mila łysiała na pyszczku a pani stwierdziła grzybice po antybiotyku i kazała czekać na wymaz 3 tygodnie, jednak się okazało, że jest to nużeniec - ciężki pasożyt, czy coś takiego) zleciła dwa zastrzyki - które powinny pomóc w dwie godziny, jeden na zapalenie gardła a drugi na zapalenie brzucha. Jeśli te zastrzyki nie pomogą to wtedy mamy jechać na endoskop - czyli uśpienie psa i zrobienie szczegółowego badania.
W między czasie badając Milę pani zauważyła brodawczyce na pyszczku.
Zastrzyk pomogł, więc huraaa dostała jeszcze jeden zastrzyk w poniedziałek i antybiotyk w tabletkach. Uffff

A co do brodawczycy - jest to choroba wirusowa, najczęściej u młodych psów. No i jestem na 99% przekonana, że zaraziła się na szkoleniu od jednego kolegi, który całkiem długo z tym syfem walczył. Innych psów raczej Mila nie spotyka... Staramy się my z nią bawić, a nie jej się bawić z jakimiś burkami z osiedla. Zatem niestety... niedopatrzenie ze strony tresera...
I tym większa moja wściekłość, że biolog a nie wie takich rzeczy? czy aż tak zależy mu na kasie?

A ja wiedziałam co nas czeka...
Najpierw zastrzyki uodparniające, dwa w odstępie trzech dni... każdy 60 zł + konsultacja lekarza.
Potem czekanie... i za karę, ze zachorowała (nie z własnej winy) zakaz chodzenia na szkolenie - bo ja nie chcę aby inne psy musiały przechodzić to samo.
Kolejna konsultacja nie wykazała zmian na lepsze. Czyli organizm się nie broni za bardzo przed chorobą. Pani doktor (tym razem nasza ulubiona i taka którą polecam) powiedziała, że jeśli do 1 grudnia nic się nie zmieni to czeka nas chirurgiczne usuwanie tego badziewia.
Im bliżej tej daty tym częściej zaglądałam do pyszczka... i nic :(
Bałam się zabiegu i postanowiłam, że pojedziemy do lekarza, który ma najwięcej pozytywnych komentarzy w sieci i pracuje na klinikach.
Kolejka przed gabinetem.... ale to dobrze... czekamy.... 1,5 godziny, ale trudno.
Pan doktor posłuchała, popatrzył, zrobił foto choroby dla studentów... i nakazał operację, a potem z wycinków tego syfu zrobią nam autoszczepionkę.
Wizyta u doktora i lek na uodpornienie 60 zł.
Był to wtorek... Zabiega na poniedziałek na 9.00. Zabieg nie był tak straszny jak go sobie wyobrażaliśmy. Najpierw głupi jaś... potem narkoza. Doktor w sekunde usunął brodawki... ale musieliśmy czekać aż nasze maleństwo się obudzi. Zabieg 60 zł (miał kosztować więcej). Szczepionka 150 zł. Każdy zastrzyk 8 zł (bo jesteśmy stałymi klientami.. hahaha) zastrzyków będzie od 2 do 4.
Po narkozie Mila była ogłuszona:) Nie bardzo kumała co się dzieje, do tego stopnia, że pierwszy raz chciała nas ugryźć, chyba miała jakieś majaki :)
Ale po przywiezieniu do domu, ok 13 była już w miarę rześka, a o 15 śmigała jak wcześniej :) Ufff.
Jesteśmy już po pierwszym zastrzysku i czekamy na drugi. Narazie brodawczyca nie odżywa, ale jest to możliwe... Praktycznie zawsze :(


Nasza pani doktor mówi do nas... Kiedy jej choroby dadzą Państwu odpocząć?
My też sie zastanawiamy...

0 komentarze: